Oswój siłownię, czyli ja kontra mięśniaki :) 2

...moją przygodę z siłownią rozpoczęłam przypadkiem. Jak pisałam wcześniej decyzja o podjęciu próby ruszenia tyłka była efektem paniki pod hasłem „tyję, tyję wciąż tyyyyyyję” i resztek zdrowego rozsądku mówiącego „masz szanse to zatrzymać bejbe” :D

Kiedy przyszłam tam pierwszy raz, a pewien miły młody człowiek sprzedający mi karnet oprowadzał mnie po klubie i opowiadał, że po lewej strefa cardio a po prawej trening funkcjonalny miałam wrażenie, że lepiej by mi szło zwiedzanie fabryki czołgów, bo byłoby mi tam bardziej swojsko. Mówiąc wprost – wylądowałam na Marsie.

I to na Marsie, na którym istniało życie – czyli dziesiątki sapiących Marsjan i Marsjanek :D

Jednym z ogromnych ograniczeń, które hamuje świeżaka przed pójściem na siłownię jest myśl: „co powiedzą inni”. „Co pomyślą inni”. A nawet „inni będą się śmiać”. Inni czyli ci, którzy na siłowni ćwiczą od miesięcy czy lat, którzy wiedzą jak się tam poruszać, którzy płynnie przechodzą od sprzętu do sprzętu, którzy nie mają obaw przy siadaniu na maszynie (czy aby tu na bank trzeba mieć nogi?!) i którzy w wyciętych koszulkach prężą przed lustrami swoje mięśnie.

Sama, nim trafiłam na siłownię czułam się niekomfortowo i miałam wrażenie, że większość wcale nie będzie skupiać się na podnoszeniu sztangi tylko na cichej obserwacji tego „kiedy grubej (czyli mi) podwinie się noga”. Co gruba zrobi śmiesznego, z czego spadnie i na co się nie zmieści. Do tego pewności nie dodawał mi fakt, że będę falować skacząc. Kumacie? Myślałam: oni wszyscy będą napompowani, piękni, zgrabni i wydekoltowani, a ja będę zakryta od stóp do głów, z wałkiem nad gumką od portek i będę fa – lo – wa – ła.

Kiedy podjęłam decyzję, że jednak na tym Marsie spróbuję wylądować i kupiłam karnet podjęłam też decyzję, że nie będę ćwiczyła sama. W efekcie decyzji miałam Trenera. Ruch był o tyle słuszny, że chłopak dawał mi cały czas taki wycisk, że raczej nie bardzo miałam czas na rozkminianie „kto zerka na grubą” i skupiałam się głównie na przetrwaniu ;)

Ale nie o tym.

Mój Trener był pierwszym mięśniakiem, jakiego w życiu poznałam.

Z perspektywy niemal czterdziestoletniej kluski, którą wówczas byłam na pierwszy rzut oka był dokładnie takim Marsjaninem, jakiego się bałam. Był dzieciakiem wyglądającym jak młody Bóg z bicepsem Arnolda Szwarzenegera, który zapewne (wg ówczesnej mnie) spędza godziny na mierzeniu sobie bicka.

Na drugi rzut oka był moją ostatnią (umięśnioną) deską ratunku, więc zostałam.

Podczas naszych spotkań okazało się, że poza bicepsem wyżej wspomniany Trener ma jeszcze całkiem spore IQ, mózg, wiedzę i poczucie humoru – co dla mnie – osoby totalnie zdominowanej stereoptypem "karka z twarzą nieskalaną myślą" (sorry chłopaki :D) – było totalnym novum. Ba. Było zaskoczeniem na skalę światową.

Jasne, że to co napisałam powyżej nie świadczy o mnie jakoś wybitnie dobrze i ukazuje mnie w świetle lekko ciemnawym, ale przyznajcie się sami przed sobą: ilu z was uważa(ło), że mięśnie i mózg rzadko idą w parze?! Że Ci od tego fikania na siłowni, od sztangi to tylko to mają w głowie. Że nic więcej i nic mniej. Że osiłek z siłowni to w kwestii wypowiedzi robi głównie „yyyyyy” i jakby niewiele ponad? No ilu?

Wszyscy pewnie nie. Ale wielu.

A przynajmniej ja tak myślałam. I w efekcie takiego myślenia uważałam siłownię za miejsce totalnie nie dla mnie. Za Marsa, na którym nawet jeśli istnieje jakieś życie to ja na bank do tych Marsjan nie pasuję. Ba! Ja nawet nie tylko do nich nie pasuję, co ja nie mam szans na to, by poczuć się wśród nich w miarę ok – nie wspominając o „poczuć się dobrze”. Doszłam do tego, że gdzieś w czeluściach mózgu z tyłu głowy zdarzyło się, iż zakładałam że moje pojawienie się na siłownianym Marsie będzie dla stałych bywalców tylko okazją do drwin i „beki” z grubej.

No bo przecież ONI tacy są.

Tymczasem „mój mięśniak” zagrał mi na nosie podwójnie. Bo nie dość, że miał mózg i zasób słownictwa o wiele szerszy niż wspomniane wyżej „yyyyy” (i: ”dajesz, dajesz – jeszcze 10 seeekund” :D) to jeszcze miał w sobie szacunek. Dla mojej odwagi. Każdego posapu. I każdego z trudem zrobionego przysiadu.

Gdyby nie miał pewnie uciekłabym stamtąd po 2-3 treningach i nigdy nie wróciła. Ale miał. Co więcej dawał mi tym szacunkiem poczucie bycia mistrzem świata w sporcie i potrafił nim spowodować, że z rozmemłanej kluchy stawałam się walecznym prawie-sportowcem ;)

Podziwiał mój każdy odbyty trening. Każdy zgubiony kilogram.

Wspierał mnie. Motywował.

Nigdy nie pytał po co to robię ani nie poddał w wątpliwość tego, że uda mi się osiągnąć cel.

I traktował mnie jak równą sobie. Mniej sprawną, ale równą.

Kumacie? Zagrał mi na nosie i udowodnił mi jak bardzo się myliłam. I jak bardzo kiepskie było moje generalizowanie.

Przez 60 kilo współpracy mojej i Mięśniaka zdążyłam się oswoić z siłownią. Przestałam też tak ogromnie falować :D I poznałam wielu innych mięśniaków. Głównie mądrych, pracowitych, serdecznych. Poza „moim” miałam mnóstwo innych życzliwych kibiców wspierających moją walką z kilogramami. I niewielu drwiących obserwatorów „widowiska”, których nauczyłam się mieć wiadomo gdzie. Mój mit dotyczący prześmiewczych komentarzy, półuśmiechów i drwin ze świeżaka czy grubasa pojawiającego się na siłce runął. Wszyscy razem utarli mi nosa i obalili stereotyp, który w sobie nosiłam. Ba – pokazali mi wręcz, że strasznie mało ich obchodzi to ile ważę (i co mi faluje), ale bardzo dużo są mi w stanie dać wsparcia i podziwu za pracę którą wkładam i progres który robię.

Czy ta „bajka” ma jakiś morał?

Jak zwykle nie.

Lub inaczej – pewnie ma, ale jak zwykle dla każdego inny… Ale jedno jest pewne – jeśli nie podejmujesz walki tylko dlatego, że hamuje Cię wstyd i stereotypy – nie patrz na to. Rób swoje. Nawet jeśli patrzą na Ciebie to często dużo bardziej życzliwie niż Ty na nich.

I kibicują.

Serio.

Ja bez swojego mięśniaka nie osiągnęłabym celu. I nie pokochałabym sportu.

Dzięki S. :)

Komentarze do wpisu (2)

12 stycznia 2017

Też chciałabym trafić na swojego mięśniaka . W mojej mieścinie trochę trudniej o nich niż w Poznaniu .

12 stycznia 2017

Bardzo fajne masz Magda swoje przemyślenia. Lubię czytać Twoje wpisy. A jeżeli chodzi o "mięśniaków" to faktyczne wiele osób myśli w podobny sposób i ciężko ich przekonać, że jest inaczej. Ja znam wielu i uważam (jak Ty teraz), że są to fajni ludzi nie tylko "z umięśnionym karkiem" ale z mózgiem, poczuciem humoru i ogromnym wsparciem dla osób stawiających swoje pierwsze kroki na siłowni. Każdemu człowiekowi trzeba dać szansę poznania się i wystawienia własnej opinii bez kierowania się powierzchownością - ona zgubna jest.

do góry
Pokaż pełną wersję strony
Copyright © 2016 www.nazwa.pl Sklepicom - sklepy internetowe