Jedzenie po odchudzaniu, czyli jak rozbrajam "jojo" 3

Cytując samą siebie:

„(…)jestem szczupła od kilku lat. Zmieniłam wszystko. Grubość nie bierze się tylko i wyłącznie z niesprawiedliwości świata, że ktoś może jeść ciastka, a ktoś inny nie. Często zależy od nas samych. U mnie jak okazuje się – zależała(…)”

Tak prosto jest popaść w zachwyt kiedy wszyscy biją Ci brawo za zrzucone kilogramy. Wow – udało się, skończyłam, osiągnęłam to i nareszcie ważę mniej niż w ósmej klasie podstawówki. Finał, fanfary i confetti z sufitu. Oraz szarfa mistrza świata. I diadem Miss World.

Taaa. Nic bardziej mylnego.

To właśnie wtedy przyszedł ten moment, który okazał się być najtrudniejszy. Moment największej próby i konfrontacji z tym, czy poza moim ciałem zmieniła się również moja głowa i czy serio faktycznie dam radę już teraz żyć chudsza, czy może szczupłość będzie tylko epizodem.

Kocham jeść. Jedzenie jest dla mnie przyjemnością, bywa nagrodą i w mojej głowie utożsamiane jest z czymś, co tak bardzo bardzo poprawi mi nastrój, gdy wszystko jest do bani. Myślę, że takie podejście do żarcia zna każdy, kto miał lub ma problemy z utrzymaniem wagi.

Przez cały okres odchudzania najbardziej bałam się tego, co POTEM. Potem, czyli wtedy, gdy schudnę. Nie wiem jak udało mi się to ogarnąć, ale wiecznie – z tego strachu – powtarzałam sobie, że wszystko co robię musi być na zawsze, nie na chwilę. I że jeśli chcę oglądać w lustrze połowę siebie to jednak nie da rady tego zrobić wpierniczając ciastka i siedząc na kanapie.

Kanapę pomógł zwalczyć mi skutecznie Trener Sebastian. Sprawił, że pokochałam sport, a właściwie to, jak czuję się w chwili, gdy osiągam COŚ. Był o tym już wpis – kto chce, niech zerknie jak sport zmienił moje życie. Do tematu wrócę pewnie nie raz, bo jednak jest to dla mnie fenomen, że laska taka jak ja, ze zwolnieniem z WF-u na każdym poziomie edukacji i nienawiścią do jakiejkolwiek formy ruchu zapiernicza sześć razy w tygodniu na trening i jeszcze się z tego cieszy.

Z żarciem w dużej mierze musiałam sobie poradzić sama. Bo jasne, ktoś może Ci powiedzieć że powinieneś jeść rozsądnie, że to, że tamto. Ale fakt jest taki, że człowiek, portfel, sklep i skłonności do przejadania się plus sprzyjające okoliczności to jednak są kwestie, w których dać sobie radę trzeba samemu. Wszystko co napiszę poniżej nie będzie pewnie żadną prawdą objawioną, cudem i złotą radą na wszystko, ale być może ułatwi. Życie po. I poskromienie jojo.

Pierwszą rzeczą, która pomaga mi utrzymać wagę jest akceptacja faktu, że ŚWIAT NIE JEST SPRAWIEDLIWY. W związku z tym nie, nie będzie tak że jeśli ktoś gdzieś może wpierdzielić tabliczkę czekolady codziennie, a jego waga będzie wciąż stabilna to to jednocześnie oznacza, że mogę zrobić to i ja. Nie mogę. To znaczy mogę, wszystko mogę :D (cała ja) – no ale nie będzie to pozbawione konsekwencji.
Żeby nikomu nie było przykro i nikt w tym momencie nie zawył z rozpaczą „no właśnie! Dlaczego ja nie mogę, a on/ona może?!” podpowiem by popatrzeć na tę niesprawiedliwość świata trochę szerzej i dostrzec, że króluje ona na różnych polach. Zapewne też tych, na których to na nas ktoś patrzy z zazdrością i wyrzutem :D (przynajmniej tak się łudzę ;) )

Akceptacja niesprawiedliwości świata jest o tyle ważna, że tylko z nią mamy szansę. Serio. Myślę, że to właśnie tu tkwi sedno wszystkiego i jest to warunek absolutnie konieczny do tego, by szczupłość była czymś więcej niż epizodem i wspomnieniem ze zdjęć. To warunek brzegowy, bez spełnienia którego wszystko, ale to wszystko rozbije się o skały z wielkim napisem „fiasko”.

Jasne, że akceptacja nie jest tożsama z zadowoleniem. No bo kto by był zadowolony z tego, że nie może jeść tyle ciastek, ile by chciał? Ja nie jestem. Ale nie jem.

Kiedy jest już akceptacja pojawia się druga sprawa czyli: WYBÓR. Nigdy nie jest tak, że go nie mamy. Mamy. Wszędzie. Na zakupach. W knajpie. Na talerzu. I dokonujemy go codziennie. Z mniejszym lub większym rozmysłem. Choć polecam z większym.

W skrócie:

SŁODYCZE. O ile czekolada jest dla mnie słodyczem, który mógłby nie istnieć o tyle wszelkiego rodzaju ciastka, wafelki, deserki i trufle mogłabym wdychać i wciągać 24h/dobę. Rafaello. Kinder Bueno. Tiramisu. Sernik na zimno. O Jezusie. To wszystko mogłabym mieć poupychane w każdym kącie mieszkania i jeść, jeść, jeść. Ale nie jem. A jeśli jem, to sporadycznie. I mówiąc sporadycznie mam na myśli raz na kwartał, a nie raz na tydzień. I zdecydowanie mniej, niż bym chciała. Za to piekę. Kombinuję. Robię fit słodycze stosując zamienniki mąki i cukru.

ALKOHOL I NAPOJE INNE NIŻ HERBATA, KAWA I WODA. Generalnie nie piję. Wino bardzo często rozcieńczam kostkami lodu (tak, tak – nie smakuje tak doskonale, ale również tak doskonale nie pasie mnie pustymi kaloriami). Soków nie kupuję. Z gazowanych napoi zdarza mi się sporadycznie (tu to samo – raz na kwartał, nie raz na tydzień…) wypić te z etykietą „zero”. Jasne – sama chemia. Ale w tych bez zera chemii jest tyle samo. Woda, woda z cytryną, herbata. Okazuje się, że da się na tym żyć ;)

ŚNIADANIA, OBIADY, KOLACJE. Czytam etykiety. Większość rzeczy, które jem jest nisko przetworzona. Unikam chleba. Prostych węglowodanów. Nie interesuje mnie tylko kaloryczność produktu, ale również jego skład. Zawartość mięsa w mięsie i ryby w rybie. Ile cukru, syropu glukozowo-fruktozowego. Dużo czytam o żywieniu, dokształcam się. Gotuję prawie codziennie i noszę do pracy żarcie w pudełkach. Czy zajmuje mi to dużo czasu? Tak. Ale śmiem twierdzić, że się opłaca, bo po pierwsze wiem, co jem(y), a po drugie dobrze to wpływa na budżet domowy. Ważę „kluczowe” produkty. Nie dlatego, że mam obsesję. Ale dlatego, by mieć kontrolę nad talerzem.

PRZEGRYZKI. Korzystam. Tyle, że nie są to chipsy. Suszone śliwki, owoce, orzechy, słonecznik i inne pestki. Dobrej jakości kabanosy i sery. Nie ma w naszym domu chipsów czy paluszków. Nie kupujemy, więc nie jemy.

KNAJPY. Bywam. Nie jem pieczywa podanego do sałatki tylko dlatego, że ktoś je położył na talerzu. Proszę o połowę porcji sera na pizzy. Zamieniam frytki na dodatkową porcję warzyw. Zamawiam klasyczną kawę, a nie smakowe latte ze słodzonym syropem. Jasne, że burger składa się też z bułki, ale znam taką knajpę, w której bez mrugnięcia okiem podają mi go bez niej, na talerzu pełnym warzyw i z jajem sadzonym na wierzchu :D

ŚWIĘTA. NIEKONTROLOWANE ATAKI „GŁODU”. WEEKEND W DOMU PRZED TELEWIZOREM. CHANDRA. PMS. I WSZYSTKIE TE MOMENTY, GDY LODÓWKA JEST MIEJSCEM NAJCZĘSTSZYCH PIELGRZYMEK. Te sprawy załatwiam zawsze tak samo: mniejszym złem. Jeśli już będę siedziała i istnieje spore prawdopodobieństwo, że w tym czasie będę żarła (nie jadła, tylko żarła) to dbam o to, by spustoszenia były jak najmniejsze. Po pierwsze nie łudzę się, że nie będę buszować w szafkach i lodówce tylko przygotowuję się do tego i robię zakupy. Takie zbrojenie się :D. Zapas ogórków, papryki i pomidorów, które mogę jeść bezkarnie. Do tego gotuję. Zupa krem z samych warzyw, którą się zapcham w nudny weekend. Ryba. Wspomniane wyżej fit słodycze. Kiedy sytuacja jest podbramkowa i lecę do chaty z wielką reklamówką, w której mam WSZYSTKO CO MA MI POMÓC PRZETRWAĆ PMS tak naprawdę mam w niej melona, dobrej jakości ser, orzechy vel masło orzechowe bez soli i dosładzaczy, arbuza. Nie ciastka i czekoladę. Dopycham się białym jogurtem z łyżką dżemu albo mrożonych owoców.

WYBIERAM. ZAWSZE WYBIERAM.

Jem tak ja. Je bardzo podobnie mój Partner. Podobnie, bo życie nie jest sprawiedliwe i On może pozwolić sobie na więcej i wciąż będzie wyglądał świetnie. Choć – równie dlatego, że życie nie jest sprawiedliwe – nie może pozwolić sobie na wszystko :) Bo takich osób po prostu nie ma :)

Oboje żyjemy :)

Czy zdarzają mi się „wpadki” i odstępstwa? Jasne. Niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nigdy nie zżarł litra lodów na raz. Ja nie rzucę ;) Ba – zżarłam nawet dwa litry. Serio. Pudełko po pudełku - tiramisu i malaga. Tyle, że tego dnia nie jadłam już nic innego, a kolejne lody wjechały za miesiąc. Nie wspomnę o tym, że przebiegłam na tych lodach chyba z 10 kilometrów tego dnia. WYBRAŁAM.

Dlaczego tak? Bo jest jeszcze ostatnia sprawa. Trzecia. PAMIĘĆ. O tym, że jestem i zawsze będę gruba. W głowie. Że mam wszystkie te cechy, które mogą sprawić, że w trzy sekundy zjadę po ślizgawce w dół i znowu będę pączkiem. Ale też o tym, ile mnie kosztowało zrzucenie wagi. Ile w to włożyłam pracy. I że nie chcę przez to przechodzić ponownie. I że ok, „wjechał” litr lodów, ale jeśli wjedzie codziennie, to sprawy będą się miały kiepsko.

Wiem, że dla wielu z Was wszystko co napisałam powyżej będzie powodem do tego by powiedzieć: „eeeee, to co Ona ma z tego zycia?! Ani ciastka, ani kanapeczki ani nawet torcika?!”. No jeśli byśmy uprościli, że życie składa się tylko z ciastek, kanapeczek i torcika, to faktycznie tak jest. nie mam z niego nic. Lub niewiele, bo jak wspomniałam wyżej wybieram, więc i wśród tych wyborów jest sporadycznie miejsce na kanapeczkę czy torcik.

Kwestia tego, jakie będą proporcje tych wyborów. I… wracając do początku: życie nie jest sprawiedliwe. Więc choć nie mam kanapeczki i torcika, to jednak mam inne rzeczy. Których z torcikiem i kanapeczką by nie było.

I które wybieram.

Komentarze do wpisu (3)

9 lutego 2017

Strzelone w 10tkę! dziś o tym myślałam, kiedy dopadła mnie chandra, choroba, kiedy cała milka została wciągnięta na raz bo tak i już! na znak protestu!? szłam dzis nad Wartą i uświadomiłam sobie jedną rzecz! WTF? po co to wszystko? 23 kilo w rok nie szkoda?? ojj szkoda, i złapałam samą siebie na tym, że nie jadłam słodyczy przez tak długi okres, dałam radę bez napoji slodkich, wytrwałam tyle czasu bez mojego kochanego kinder bueno..... a dziś uświadomiłam sobie że pochłonęłam w tydzień więcej słodkiego niż ostatnio w rok... że znów zaczęłam ładować w siebie gówniane przetworzone żarcie....;/ i chyba razem z włosami wypadł mi ostatnio mózg.... ale racja... może nie jestem na straconej pozycji skoro zdałam sobie z tego sprawę, w miarę szybko! i może już nie będę grzeszyć!? no bo po co to wszystko?! no nic! wytrwałości! :)

9 lutego 2017

Aneta jak zwykle się uśmiechnęłam czytając, co piszesz :) Bardzo lubię Twój dystans do siebie :) ...walcz - wiesz przecież, że trzymam kciuki :*

9 lutego 2017

Aneta-Loretta bo przy odchudzaniu najbardziej pracuje głowa, a nie reszta ciała. W sytuacjach kryzysowych warto sobie szybko uświadomić jaki bodziec sprawia, że "puszczają hamulce" i opracować sobie kilka taktyk awaryjnych (np. spacer z psem, wyjście na klatkę i przejście kilku pięter schodami, telefon do przyjaciółki, czy wypicie szklanki wody). Jeśli taki bodziec wystąpi kolejny raz, wdrożyć którąś z "awaryjek" :)

do góry
Pokaż pełną wersję strony
Copyright © 2016 www.nazwa.pl Sklepicom - sklepy internetowe