Jeszcze pięć, czyli tabata życia 6

…znacie tabatę? W teorii to interwałowy trening, który trwa tylko 4 minuty i podkręca dość znacznie metabolizm oraz poprawia wydolność. W praktyce to zło, 4 minuty prowadzące do piekła, bezdechu i mojego powtarzanego w głowie „ja p… co mnie podkusiło, by zostać sportowcem?!”. 4 minuty trwające wieczność. Zło tabaty skrywa się również w tym, że dzieli się ją na 8 rund, podczas których (tylko) 20 sekund wykonujesz jakieś ćwiczenie w największej możliwej ilości powtórzeń, a 10 sekund (aż) odpoczywasz. Niech was nie zwiedzie to „tylko” i „aż”. Stopery przy tabacie przechodzą jakąś tajemniczą metamorfozę i – serio! –w efekcie odnosi się wrażenie (ja odnoszę przynajmniej), że 20 sekund pracy trwa miliony minut, a 10 sekund odpoczynku to jakiś marny ochłap na jako takie opanowanie bezdechu.

Jak można się domyślić po powyższym opisie - nienawidzę tabaty. Ale… jak można się domyślić po tytule tabata jest dla mnie cholernie ważna :)

Kiedy zaczynałam swoją przygodę ze sportem byłam całkiem szczęśliwą babką prowadzącą swoją małą firmę, mieszkającą z dwoma kotami i spędzającą czas na myśleniu o tym, czego już w życiu nie zdążę zrobić ;) Trochę przerysowuję, ale myślę, że wiecie o co mi chodzi. Byłam wtedy w momencie, gdy udało mi się wyjść z kilku życiowych zakrętów i w którym miałam wypracowane jako takie poczucie bezpieczeństwa, stabilność i constans. Znaczy ogarnęłam się ;) To był też moment, w którym pogodziłam się z tym, że jestem gruba, ale o tym w innym wpisie :)

Wracając – najważniejsze w tym wszystkim, co napisałam powyżej jest jedno zdanie: „myślałam o tym, czego już nie zdążę zrobić”. I nie robiłam tego. No bo nie zdążę.

Wtedy trafił mi się sport. Jako człowiek wiecznie wyposażony w zwolnienie z WF-u i unikający wszelkich aktywności fizycznych czułam się z tym sportem przynajmniej tak, jak bym wylądowała na Marsie. Choć nie – na Marsie pewnie byłoby mi bardziej swojsko;) Nienawidziłam sportu, nie rozumiałam sportu. Z rozsądku chciałam go zaakceptować w opcji minimum – po to, by przestać tyć. Spędzałam godziny na rozmyślaniach o tym, jaką wymówkę (przed samą sobą i Trenerem – najlepszym na świecie) powinnam wdrożyć w życie, by nie iść. By nie musieć sapać, skakać, ścigać się. I szłam. Jednak, mimo wszystko, szłam.

Wcale nie dlatego, że pokochałam sport. Pierwszym powodem, który mnie motywował był mój Trener Sebastian, który w robotę ze mną – okrąglutką kluseczką - wkładał całe serducho. Szanowałam to jego zaangażowanie i ono „wyprodukowało” we mnie lojalność wobec niego i jakiś taki odruch, by go nie zawieść. Więc szłam.

Drugim powodem, który pojawił się nieco później, było… wygrywanie. Z samą sobą. „Nie umiałam, a umiem”. „Nie dawałam rady zrobić trzech, a teraz robię pięć”. „Wow - skróciłam czas czegoś tam o 4 sekundy”. Podobało mi się.

Kiedy ćwiczyliśmy już jakiś czas, a ja byłam bardziej zajarana sportem (inaczej – sam sport wciąż był męką, ale te EFEKTY ;) ) w moim życiu sportowca zawitała tabata, czyli 4 minuty piekła. 4 minuty, podczas których zazwyczaj umierałam i umieram tryliard razy, dwa tryliardy razy nie chcę być sportowcem i trzy tryliardy razy oszukuję swój mózg. Liczę ilość powtórzeń w górę i w dół. Przykładowe 40 dzielę na piątki, dziesiątki i dodaję do siebie by udawać, że jest ich mniej. Kiedy zostaje mi pięć rund, staram się wmówić sobie w swojej głowie, że przecież to prawie tylko trzy. Po czwartej rundzie co trzy sekundy myślę o tym, że przecież mam mniej niż połowę do końca. I skaczę. I sapię. I już nie mogę. I nienawidzę. I palą mnie mięśnie. I… walczę do końca.

Po 4 minutach kończę. Żywa. Z satysfakcją większą niż glob ziemski. Z endorfinami na poziomie szczytu Mount Everestu. Z dumą. I myślę, że wcale nie było tak strasznie ;)

Wbrew pozorom to nie jest wpis o sporcie. To jest wpis o tym, że życie jest jak tabata. Że często warto powiedzieć sobie przy ważnych dla nas sprawach „jeszcze tylko pięć” i jednak dobrnąć do końca tych metaforycznych 4 minut.

Ja już nie mam tak, że rozmyślam o rzeczach, których nie zdążę. Rozmyślam o tym, co przede mną, o co jeszcze zagram, co jeszcze zrobię. Kiedy mam dość i tak cholernie nie chce mi się czegoś robić czy o coś walczyć oszukuję swój mózg mówiąc mu, że „jeszcze tylko pięć, a przecież pięć to prawie tylko trzy, a trzy to już niemal koniec, więc może jednak warto ;)”.

I kończę swoje tabaty :)

Komentarze do wpisu (6)

1 grudnia 2016

Magda pisz ,łykam Twoje wpisy jak poranną kawę. Piłabym drugą , trzecią.

1 grudnia 2016

No właśnie ja też łykam i uśmiecham się do siebie też. I do Ciebie! Pozdrawiam i trzymam kciuki za Twoje pisanie również C:

1 grudnia 2016

Wspaniały wpis :)

1 grudnia 2016

Ja do faktu że jestem jaka jestem wagowo też przywykłam i zaakceptowałam. Poddałam się w tym roku nawet w pewnym momencie położyłam i nie próbowałam wstać. Pogodziłam się z porażką i czekałam na koniec. Pół życia zmarnowane, zostało mi drugie pół, nic już nie osiągnę, wszystko bez sensu. Przyszła jesień, a z nią jesienna depresja. Depresja która dała mi kopa w tyłek i ruszyła mnie z miejsca. Plan na chwilę obecną: zrzucić 20kg, poprawić kondycję i samopoczucie. Kiedy zaczynam? Dziś rano ;) Dajesz motywację i światełko w tunelu swoją ścieżką zdrowia na której jesteś a której jakiś procent masz za sobą. Dziękuję :)

5 lutego 2017

Ja do sportu mam podobne podejście- nienawidzę biegać, pocić się i męczyć, ale ile razy się przemogłam tyle razy czułam się wygrana. U mnie najgorzej z systematycznością i z zakwasami, po których robię sobie 'dzień przerwy' który zamienia się w miesiące ;)

8 lutego 2017

Czytam i czytam i wyjść z podziwu nie mogę. Laska :-) czy my tą samą Politechnikę kończyłyśmy??!! Co do tabaty .... no cóż....już w piątek rano jak co tydzień. I szczerze mówiąc nie mogę się doczekać. Pozdrawiam Cię serdecznie.

do góry
Pokaż pełną wersję strony
Copyright © 2016 www.nazwa.pl Sklepicom - sklepy internetowe