Co mi wisi 9

Gdy byłam gruba wiecznie zadawano mi pytania z tym związane. Zestaw był szeroki: od standardu dlaczego jestem gruba przez czy próbowałam schudnąć do kiedy schudnę i czy w ogóle chcę schudnąć. Co bardziej wnikliwi pytali czy akceptuję siebie. Czy jestem zdrowa. Czy próbowałam. Czy to geny i czy mamusia też jest gruba, a jak mamusia nie to może chociaż tatuś.

Plus oceny i rady. Że może źle próbowałam. Albo za mało. Że może specjalista. Albo ruch. Albo mniej ciastek. Albo silna wola za słaba. Albo psycholog, proktolog i urolog w jednym. I do tego bioenergoterapeuta.

I te troskliwe „wyroki”. Że mam przemyśleć, bo nie znajdę chłopaka. Albo, że nie zajdę w ciążę. Albo że mnie mąż zostawi. Albo że jak będę stara to będę miała miażdżycę, cukrzycę i jeszcze coś tam.

Sic!

Czułam się wówczas nieco jak takie dobro narodowe, do którego wszyscy sobie roszczą prawo i nikt nie zastanawia się nad tym, czy ja aby te pytania i rady mam ochotę słyszeć i odpowiadać na nie. I nie pieprzcie mi tutaj o trosce, bo jednak jeśli były one zadawane przez obce mi osoby (np. w szkole, pracy, środowiskach neutralnych) to jednak więcej niż troski było w nich niezdrowej ciekawości i ograniczonej ilości taktu.

W takich sytuacjach zawsze zastanawiałam się, czy gdybym osobie pytającej odparowała na przykład w rewanżu info (wsparte złotą radą) dotyczące ilości posiadanych przez nią zmarszczek albo widocznego braku plomby w lewej górnej trójce to czy zostałabym uznana za równie troskliwą. No nie wydaje mi się. Przecież nie mam prawa.

Mam wrażenie, że z kolei do walki z otyłością rości sobie prawo cały świat. Nikt nie bierze pod uwagę, że gruby wie, że jest gruby i najczęściej bez pytań z zewnątrz jego świat i tak jest tą grubością w jakiś sposób zdeterminowany i ta grubość mniej lub bardziej go uwiera. I że nie ma ochoty odpowiadać na tryliard pytań obcym ludziom, którzy myślą sobie, że on taki biedny i bez tych ich pytań to on nie wie, nie pomyśli i nic nie będzie działał.

Będzie. Najczęściej głupio i bezowocnie, ale będzie. Ja osobiście nim udało mi się zrzucić otulinę próbowałam ośmiu milionów diet, piłam zioła odchudzające, testowałam Dukana oraz z wypiekami na twarzy szukałam cudu i setki nocy spędziłam na myśleniu o tym, jak wyglądałoby moje życie bez wałków. Moich wałków. Kochałam modę, ale nienawidziłam zakupów odzieżowych, zazdrościłam szczupłym koleżankom możliwości i pocieszałam się, że nie jest tak źle, bo przecież mam ładne włosy i twarz…

Serio – gruby wie, że jest gruby.

I wszystkie te pytania nie pomagają mu w żaden sposób. Wręcz odwrotnie. Podkopują i tak stojące na lichych fundamentach poczucie własnej wartości, dają kopa (nie tego pozytywnego) i powodują, że gruby czuje się inny, a przez to gorszy. Tak myślę, bo ja się tak czułam. Na swoje szczęście całe życie byłam pyskata i taka nieco „hej do przodu” w związku z tym z tą „troskliwością” radziłam sobie dość dobrze, ale nie wszyscy tacy są. Miałam też spory argument w postaci intelektu (i skromności :D), który dawał mi siłę i poczucie, że nie jestem jednak taka całkiem do dupy.

Oczywiście ten intelekt na nic mi się nie przydawał, gdy stałam przed lustrem, bo jednak wtedy liczyło się tylko to, by udo było mniejsze, a brzuch nie przypominał piłki.

Walczyłam ze sobą latami, miałam gorsze i lepsze okresy – pokłosie swojego braku akceptacji wobec wyglądu zbieram do dziś. I choć nie jest to wpis o tym, to piszę to dlatego, że te wszystkie pytania generowały we mnie ogromne poczucie tego, że jestem nie taka, że coś jest nie tak i że grubość odbiera mi atrakcyjność i kobiecość.

Wszystko co mam dziś do powiedzenia na ten temat, będąc chud(sz)ą babką to to, że utracone kilogramy wcale mi tego poczucia nie dały. Choć był taki moment, gdy schudłam, że sądziłam iż tak. Rzeczywistość jak można się domyślić spadła na mnie w najmniej oczekiwanym momencie i z hukiem, a tamte kompleksy okazały się być tak mocno wpisane w moje ja, że po zgubieniu blisko 60 kilogramów otuliny dalej pozostałam zakompleksioną myszą przeświadczoną, że lepiej jej posłuchać niż na nią patrzeć.

Stracone kilogramy coś zmieniają, ale na pewno nie głowę, myślenie, emocje. To, co w niej mamy (lub czego nie) – zostaje. To całkiem osobna i chyba cięższa praca.

Mnie osobiście kosztowało i kosztuje strasznie dużo to, by nauczyć się myśleć o sobie w kategoriach atrakcyjności i kobiecości dobrze. By docenić siebie i pociągnąć do góry. By spojrzeć w lustro z przychylnością i akceptacją. Niewiele osób to wie, ale Ci którzy znają mnie dobrze (pozdrawiam S. – Ty wiesz ile razy stawiałeś mnie przed lustrem i mówiłeś „patrz, otwórz oczy”) wiedzą ile mnie kosztowało, by w ogóle nauczyć się patrzeć w lustro. Niepatrzenie miałam opanowane do perfekcji – nawet w windzie stawałam tyłem… Wciąż mam tendencje do noszenia wielkich swetrów i najlepiej się czuję w oversize’ach. Wciąż dziwi mnie, gdy widzę się na zdjęciu i okazuje się, że wyglądam lepiej niż o sobie myślę. Wciąż mam dni, gdy w każdej innej kobiecie widzę więcej, niż w sobie… Co więcej – pracując z kobietami, rozmawiając z nimi i rozbierając je wiem, że problem tego typu postrzegania siebie nie dotyczy tylko mnie.

Moje kilogramy zostawiły wiele pamiątek na moim ciele. Rozstępy. Kiepską skórę na brzuchu. Zakładeczki z jej nadmiaru, które robią się tu i tam. Mam świadomość, że rozebrana nie wyglądam już tak świetnie jak w sukience i że nie dla mnie tytuł miss bikini. Bywa, że kompleksy z tym związane mnie blokują i ograniczają. Bywa również, że czuję się ze sobą gorzej niż te dziesiątki kilogramów temu.

Ale bywa. Nie JEST. Pracuję nad tym.

Więc nie psuj mi tego proszę pytaniem, co i gdzie mi wisi gdy schudłam. Bo przecież na bank wisieć mi musi. Ja – tak samo jak Ty – walczę o dobrą relację z samą sobą w lustrze. O to, by czuć się dobrze w swojej skórze.

I o to, by wisiało mi to, co mi wisi.

Komentarze do wpisu (9)

12 grudnia 2016

Magda kiedy książka?

12 grudnia 2016

Ania - nie śmiem myśleć nawet, że dałabym radę...:)

12 grudnia 2016

12 grudnia 2016

A co tam ....... mi też WISI :)

12 grudnia 2016

Ależ dobry i mądry tekst! Dużo ostatnio myślę o "życiu po", o tym, że nie warto czekać z życiem, aż schudnę. Bardzo mi się to podoba, co napisałaś.

12 grudnia 2016

Intelekt, skromność i poczucie humoru na 5+! Mała czy duża- super babka, cytując mojego Jasia :)

12 grudnia 2016

W punkt! Czyta się wyśmienicie.

21 grudnia 2016

Jak to czytam, to muszę przyznać, że szczególnie początek to jest coś z czym się spotykam. I nachodzi mnie refleksja, że niektórzy, powinni trochę zrzucić ze względu na zdrowie (w tym ja), ale jest ciężko i nie każdy potrafi to zrozumieć. I oczywiście, jeśli nawet jest się tą mniejszą, to kompleksy zostają. Bardzo dziękuję Ci za ten wpis, jest w pewnym sensie motywujący :)

5 lutego 2017

Świetnie napisany tekst. :)

do góry
Pokaż pełną wersję strony
Copyright © 2016 www.nazwa.pl Sklepicom - sklepy internetowe